Zakochałem się w dziewczynie z klasy w liceum. Nie okazywałem jej tego jakoś specjalnie, chociaż spędzałem z nią dużo czasu w szkole. Dowiedziałem się, że miała chłopaka, ale nie poddawałem się. I pewnego razu rozmawiałem z nią na GG, gdzie okazało się, że jej chłopak ma ciężką depresję. Ja podniosłem ją na duchu jakimś tekstem. Później zapytała się mnie, czy się jej podobam. Odpowiedziałem, że tak, choć teraz wiem, że być może był to największy mój błąd. Później (2-3 dni) rozmawiałem z nią w drodze na autobus, i zapytałem się, jaki ona ma stosunek do mojego uczucia. Powiedziała, że "gdyby nie miała chłopaka, to inaczej do tego by podchodziła" i że "teraz traktuje mnie raczej jako dobrego kumpla". Powiedziała mi, że bardzo lubi moje towarzystwo i mnie samego, co dała mi wielokrotnie odczuć. Ja dalej się starałem, chociaż mniej nachalnie i ciekawiej, tzn. czasami podśmiewując się z niej, oczywiście w granicach dobrego smaku, starając się czasami podtrzymywać kontakt wzrokowy. Także i ona dawała mi kilka razy odczuć, że nie jestem dla niej tak całkiem obojętny, na przykład kontaktem wzrokowym, a czasami nawet cielesnym. I kontynuował bym to dalej, ale dzisiaj powiedziała mi, że jej chłopak z nią zerwał, na co ja powiedziałem, że "on musi być ciotą, skoro zostawia taką piękną mądrą i uroczą dziewczynę". I tutaj mam parę pytań, na które nie znajduję odpowiedzi...
1. Czy aby nie za bardzo wszedłem w strefę koleżeństwa?
2. Co teraz, wiedząc że nie ma ona już chłopaka, mogę zrobić, aby się nim stać?
Proszę o każde odpowiedzi, od gloryfikujących do spierdzielających